ebu champion grzegorz proksa
Jesteś tutaj: Home » Wywiady » Grzegorz Proksa: Nigdy nie pajacowałem na ringu
Wywiady
11 PAŹ 2011

Grzegorz Proksa: Nigdy nie pajacowałem na ringu

- Zawsze bolało mnie, gdy dziennikarze i część kibiców nie wierzyli, że ja naprawdę mam taki styl, że właśnie boksując w ten sposób, jestem lepszym pięściarzem. Niewielu chciało zrozumieć, że właśnie taki styl jest bardzo trudny do rozgryzienia, że dla rywali nie ma gorszego przeciwnika niż taki, który opuszcza ręce, nie trzyma gardy i nie wiadomo, w którym momencie i jak uderzy - mówi Grzegorz Proksa, mistrz Europy w boksie zawodowym, w rozmowie z Robertem Małolepszym.

W sobotę w wielkim stylu wywalczył Pan tytuł zawodowego mistrza Europy w wadze średniej. W Neubrandenburgu dosłownie zdeklasował Pan Niemca Sebastiana Sylvestra. Bardziej cieszy się Pan ze stylu, w jakim pokonał Pan byłego mistrza świata, czy z tego, że wreszcie docenili Pana fachowcy od boksu, że został Pan z dnia na dzień okrzyknięty nową gwiazdą polskiego boksu (także w naszej gazecie)?

Zdecydowanie to drugie. Przez lata bolały mnie opinie na mój temat.

Na przykład moja, że niepotrzebnie pajacuje Pan w ringu. Że opuszczanie rąk, ufanie tylko we własny refleks, pracę nóg, balans i uniki zemści się, gdy stanie Pan do walki z poważniejszym rywalem.

Dokładnie tak. Zawsze bolało mnie, gdy dziennikarze i część kibiców nie wierzyli, że ja naprawdę mam taki styl, że właśnie boksując w ten sposób, jestem lepszym pięściarzem. Niewielu chciało zrozumieć, że właśnie taki styl jest bardzo trudny do rozgryzienia, że dla rywali nie ma gorszego przeciwnika niż taki, który opuszcza ręce, nie trzyma gardy i nie wiadomo, w którym momencie i jak uderzy.

Nie spodziewał się Pan, że pójdzie tak łatwo. Może to jednak Niemiec był taki słaby...

Przed walką byłem pewny swego zwycięstwa. Wiedziałem, że jak go pokonam, zaczną się pytania, czy nie za łatwo mi poszło, czy Sylvester nie ma już najlepszych lat za sobą. Dlatego specjalnie dopytywałem jeszcze trenera Sebastiana podczas oficjalnych konferencji prasowych, czy jego zawodnik na pewno jest zdrów, w pełni formy itd. Odpowiedź brzmiała tak.

Słowem, Pan był tak dobry...

Nigdy nie powiem, że jestem wielki czy że boksowałem wspaniale, ale to naprawdę świetne uczucie pobić rywala w ten sposób na jego terenie. Przecież on poddał się po trzeciej rundzie. Na trybunach siedzieli jego bliscy, sąsiedzi. Ludzie zapłacili pieniądze za bilety. Ja bym dał się znokautować, ale nigdy bym się nie poddał w ten sposób. Ale to tylko świadczy, jak dużą przewagę miałem w tym pojedynku. Jak dobrze byłem do niego przygotowany.

Niemiec zadał przez te trzy rundy dwa w miarę mocne ciosy...

A przecież jest mistrzem lewego prostego. I do tego mistrzem defensywy. Nie brakowało opinii, że właśnie taki rywal, który będzie miał szczelną gardę i dobry lewy prosty, zniszczy mnie w ringu. Ale to się nie udało. Taktyka, jaką przygotowaliśmy z Fiodorem Łapinem, była perfekcyjna. Chociaż nie uniknąłem błędów, poniosły mnie za bardzo emocje, za co zostałem przez trenera skarcony.

Jak dostanie Pan walkę o mistrzostwo świata, np. z Sergio Gabrielem Martinezem, też wyjdzie Pan do ringu i zacznie prowokować, opuszczać ręce. A co zrobi Pan, gdy rywal będzie szybszy, będzie potrafił zaatakować z kontry, generalnie będzie lepszym pięściarzem od Sylvestra?

Wyjaśnijmy jedną kwestię. Ręce muszę mieć nisko, bo inaczej nie widziałbym rywala, nie widziałbym, gdzie uderzać. Inaczej już nie umiem teraz boksować. Kto mnie zna, wie, że to nie jest żadna poza, żadne pajacowanie. Ja tak boksuję na sparingach, a później w czasie walki. Ale to nie znaczy, że będę bił się tak samo jak z Sylvestrem. Na Martineza i każdego innego rywala taktyka musi być inna, właściwie dostosowana do stylu walki przeciwnika.

Dużo w Panu pewności siebie. Po zaledwie jednym poważnym pojedynku czuje się Pan już gotów do walki o mistrzostwo świata?

Mam 26 lat. Na zawodowym ringu boksuję od sześciu. Przeszedłem długą drogę. Naprawdę nie było mi łatwo. Na tę szansę czekałem długo i cierpliwie.

Obijając kolejnych kelnerów...

Ale to nie moja wina. Taki jest zawodowy boks. Póki nie masz nazwiska i nie stoi za tobą duża stacja telewizyjna, trudno o naprawdę dobrych rywali. Jak tylko było można, walczyłem z pięściarzami z dorobkiem. Gdy w dziewiątym pojedynku wyszedłem do ringu z Anglikiem Steve'em Convayem, który w starciach ze świetnym Węgrem, moim kolegą z sali treningowej Mihalym Kotaiem [promowanym przez menedżera Proksy Krzysztofa Zbarskiego - red.] dosłownie go zmiażdżył, wielu ludzi pukało się w czoło. A ja wygrałem. Tak jak w wielu innych pojedynkach. Zawsze szukaliśmy rywali, którzy mogliby być dla mnie wyzwaniem, sprawić mi kłopot.

Teraz słychać w Pana głosie dużo goryczy...

Bo ja byłem rozgoryczony, ba, wściekły! Od zawsze czułem, że jestem stworzony do większych walk, do pojedynków z pięściarzami z najwyższej półki. Inni polscy bokserzy, czasem dużo słabsi ode mnie, dostawali swe szanse, boksowali o tytuły. A ja musiałem czekać.

Jeździć na treningi na Węgry, boksować przy pustych trybunach, najczęściej w Anglii...

Dziś nie chcę już tego wspominać. Zresztą treningi na Węgrzech z Laszlo Veresem były bardzo fajne. A w Anglii czuję się jak w domu. Teraz liczy się tylko to, że wreszcie dostałem swoją szansę, wykorzystałem ją. Mam świetnego trenera [Fiodora Łapina - red.]. W sali, gdzie trenuję [Proksa ćwiczy w Warszawie z pięściarzami grupy 12Round - red.] panuje superatmosfera. Doceniają mnie fachowcy i kibice. Nadchodzi mój czas. Głęboko w to wierzę.

Co dalej?

Za parę dni to ogłoszę. Lecę właśnie z moim menedżerem Krzysztofem Zbarskim do Londynu do Barry'ego Hearna. To mój angielski promotor. Ma dla nas już kilka opcji. W poniedziałek zapraszam do Węgierskiej Górki do Banku Spółdzielczego na konferencję prasową. Opowiem o mojej przyszłości.

Bank Spółdzielczy w Węgierskiej Górce???

Węgierska Górka to moje miejsce na świecie. Tutaj mieszkam z żoną, tutaj wychowuje się trójka moich wspaniałych dzieci. W życiu się stąd nie wyprowadzę, nawet gdybym miał się bić już tylko w Las Vegas.

A Bank Spółdzielczy?

Jestem udziałowcem i członkiem rady nadzorczej banku.

Rodzina, dom, odpowiedzialność, szerokie horyzonty, ogłada i inteligencja. Jakoś nie pasuje mi to do Pańskiego ringowego image'u...

W ringu staję się zupełnie innym człowiekiem...

Robert Małolepszy
Polska The Times 


© 2006-2011 proksa.pl. All rights reserved