ebu champion grzegorz proksa
Jesteś tutaj: Home » Wywiady » Kolejny mistrz z Beskidów
Wywiady
24 PAŹ 2011

Kolejny mistrz z Beskidów

Ma firmę, zasiada w radzie nadzorczej banku... i bardzo lubi się bić. A tłucze piekielni mocno. Z prawie trzydziestki bokserów, których dotkliwie poobijał, zejść z ringu o własnych siłach udało się tylko kilku. Już jest mistrzem Europy ale ciągle mu mało!

Pochodzi z Mysłowic. Sportowego fachu nauczył się w Victorii Jaworzno. Do Węgierskiej Górki, gdzie mieszka od dziewięciu lat, po raz pierwszy wybrał się jako piętnastolatek. Pojechał na pierwsze w życiu zgrupowanie. Po dwóch tygodniach wrócił do domu bez... serca. Zostawił je przy spotkanej na dyskotece Joannie. 

Po czterech latach byli już małżeństwem. Zamieszkał w podżywieckiej wiosce i już się stąd nie ruszy. Nie zna piękniejszego miejsca na świecie. No i przede wszystkim tu jest jego serce. 

Ta ultrakrótka historia o bardzo romantycznym wydźwięku dotyczy mężczyzny, który... bardzo mocno bije. Na początku października w niemieckim Neubrandenburgu rozprawił się w czterech rundach ze stuprocentowym faworytem gospodarzy, byłym mistrzem świata Sebastianem Sylvestrem. Na pocieszenie pobitemu eks-championowi pozostał fakt, że nie jest pierwszym, którego Grzegorz Proksa załatwił przed czasem. To była dwudziesta szósta zawodowa walka Polaka (wszystkie wygrał), a tylko siedmiu rywalom udało się dotrwać do końca pojedynku, zgodnie z ilością zakontraktowanych rund. Z Niemcem Proksa bił się o pas zawodowego mistrza Europy. Zdobyty tytuł otworzył mu drogę ku światowym szczytom wagi średniej. Wskoczył do pierwszych dziesiątek rankingów najbardziej liczących się federacji bokserskich. Jego nazwisko zaczęło się nawet pojawiać w dywagacjach fachowców, zastanawiających się, kto może być w perspektywie roku, dwóch przeciwnikiem dla tej klasy pięściarzy, jakimi są aktualni mistrzowie świata Argentyńczyk Sergio Martinez i Meksykanin Julio Chavez. 

Grzegorza czeka najpierw obowiązkowa obrona wywalczonego pasa. Na razie najbardziej prawdopodobnym rywalem jest następny z utytułowanych Niemców, Sebastian Zbik. 

Zamiłowanie do bicia się oczywiście w sportowym wymiarze zrodziło się u Grzegorza bardzo wcześnie. Transmisje telewizyjne pięściarskich walk oglądał już jako sześciolatek i wcale nie rozpaczał, jak przepadała mu „lecąca" równocześnie bajka. To były czasy potyczek tuzów klasy Michalczewskiego, Eubanka, Benna, Pipera. Samo ich wyjście na ring, pewność siebie, soczyste i silne ciosy zachwycało mnie to! wspomina świeżo upieczony mistrz Europy. Na boksie z telewizora bynajmniej się nie kończyło. Grzesio chętnie sparował ze starszym bratem Karolem. Rękawic nie mieli, ale ręczniki owinięte na dłoniach w zupełności im wystarczały. Jak już okrzepli w braterskich walkach, zaczęli się rozglądać za nowymi wyzwaniami. Chcieli iść do klubu. Ale początkowo był na to szlaban. Oponował nawet tata Roman, pięściarski mistrz Śląska juniorów.

Ze względu na naukę rodzice nie pozwalali nam na treningi bokserskie. Dopiero jak daliśmy słowo, że gdyby tylko nauka zaczęła „kuleć", to zerwiemy z boksem, rodzice, i to początkowo na próbę, zgodzili się. Jak widać, dałem radę pogodzić jedno z drugim uśmiecha się Grzegorz. 

Zostawił serce w Węgierskiej Górce...
Od początku byliśmy przekonani, że trafiliśmy na siebie idealnie podkreśla pięściarz. Mają trójkę dzieci: ośmioletnią Julię, młodszego o dwa lata Artura i czteroletnią Aleksandrę. Jak dzieci patrzą na karierę taty? Czuję się bardzo zżyty ze swoimi dziećmi i wiem, że im ciężko... Wiadomo, duma ich rozpiera, ale ten czas, który kradną zgrupowania, jest nie do odwrócenia, nie do oddania. Przyznam szczerze: coraz bardziej narzekają wyznaje Grzegorz.

Kiedy nabrał przekonania, że profesjonalny boks to właśnie ten kierunek kariery? 
Kiedy podpisywałem zawodowy kontrakt (grudzień 2004 przyp. red.), miałem dość boksu amatorskiego. Czułem, że potrzebuję zmian. Wszyscy wokół pukali się po czołach: co on robi, zwariował? Byłem wówczas bardzo młody i miałem całą karierę amatorską przed sobą. Łącznie z udziałem w igrzyskach olimpijskich. Ale miałem już dość chaosu. Chciałem ustatkowania. To była moja najlepsza zawodowa decyzja mówi stanowczym głosem. Wybrałem zawodowstwo nie dla pieniędzy. Gdyby tylko o nie chodziło, dawno już bym się nie bił. Chciałem się sprawdzić. I nadal to jest moją największą motywacją dodaje Grzegorz Proksa.

Trudno mu nie wierzyć, gdy mówi, że nie walczy dla kasy. Ma z czego żyć. Jest właścicielem firmy i zasiada w Radzie Nadzorczej Banku Spółdzielczego w Węgierskiej Górce.

Tomasz Giżyński
Kronika Beskidzka 


© 2006-2011 proksa.pl. All rights reserved